James Harden nabrał wszystkich
Brak odpowiedzialności, hipokryzja, czy po prostu zdarta płyta? Jak ocenić Jamesa Hardena?
Nie podoba mi się w tej całej sprawie to, że po raz kolejny ligowa gwiazda w żaden sposób nie czuje się odpowiedzialna za swoje słowa. Może tego nie pamiętacie, ale jakiś czas temu James Harden, jak zdarta płyta – powtarzał slogany o przyjaźni, drużynie, braterstwie i rodzinie, gdy opisywał to, co działo się w Oklahomie. Ostatnia rzecz, jaką chciał zrobić to spakować manatki i zostawić po sobie jedynie smród swoich skarpetek, gdzieś w szatni Thunder.
Smród po skarpetkach może i został, ale z pewnością ani Kevin Durant, ani Russell Westbrook nie powinni się z tego powodu źle czuć. Od samego początku Harden i jego agent – Rob Pelinka – zdawali sobie sprawę z tego, że GM Sam Presti oraz włodarze z zespołu z Clayem Bennetem na czele nie dadzą Jamesowi kontraktu, który zamknąłby ich w finansowej klatce na wiele kolejnych lat. Bennett to szczególny przykład skąpca, który zamiast budować swój wizerunek wśród społeczności Grzmotów, częściej rozlicza się z wydatków i przygotowuje sztywne ramy, z którymi Presti zmuszony jest się zmagać.
Media rozpisują się o działaniu Thunder na małym rynku, który nie jest tak dochodowy, jak chociażby Seattle. Oklahoma City w amerykańskich realiach jest mało atrakcyjnym miejscem samym w sobie, ciężko oczekiwać, aby umowy telewizyjne, czy sponsorskie – pokryły ewentualne dodatkowe wydatki i mam tu na myśli podatek od luksusu. Gdyby doszło do podpisania Hardena – Bennett nie mógłby tego uniknąć w żaden sposób. Rzekomo był na to przygotowany, ponieważ Presti podbił ofertę 4-letniej umowy dla Hardena do 55 milionów dolarów.
GM Thunder doceniał zaangażowanie włodarzy klubu, ale ostatecznie podjął jedyną w tej sytuacji słuszną decyzję. Odkąd Thunder tworzą czołówkę NBA – jestem wielkim fanem tego, co Sam robi w Oklahomie. Niezwykle bystry umysł, który nie boi się reagować, gdy ma nóż na gardle. To samo, co stało się z Hardenem, mogło także przytrafić się Dwightowi Howardowi, gdyby Otis Smith miał odrobinę większe jaja, bądź odrobinę więcej pewności siebie.
Harden widząc dokąd to wszystko zmierza – zaczął sprawdzać, jak z brodą zlewają mu się czerwone, hipsterskie koszulki. Kilka godzin później jego agent oświadcza, że rozmowy z Darylem Moreyem były prowadzone od dłuższego czasu. Rzekomo kontaktowali się także z Phoenix Suns. Historii i historyjek z pewnością byłoby jeszcze więcej, gdyby nie utrzymywany przez Jamesa Hardena do samego końca wizerunek lojalnego i oddanego idei Scotta Brooksa rezerwowego.
Rezerwowy jest w tym wypadku słowem kluczem. To trochę, jak kwestia awansu po dobrze wykonanej pracy. James nie mógł liczyć na to, że będzie bardziej liderem zespołu, niż game-changerem z ławki. Rockets prawdopodobnie nie wejdą do play-off, ale w osobie Hardena widzą przede wszystkim (właśnie) lidera. Jestem trochę rozczarowany, że brodacz nigdy wcześniej nie mówił o swoich oczekiwaniach i zamiast tego walił sloganami. Myślę, że gdyby określił się w miarę jasno – zarówno Scott Brooks, jak i Durant czy Westbrook byliby skłonni jakoś tej sytuacji zaradzić.










