Gordon Hayward lepszy od Westbrooka?

Gordon Hayward /fot. Flickr

Obejrzałem ostatnio Hoosiers. Filmy tego typu zawsze skłaniają mnie do refleksji nad tym, na czym tak naprawdę polega koszykówka. W serii felietonów będę się starał przybliżyć moje spojrzenie na dyscyplinę, którą wspólnie się fascynujemy, ale do której mamy tak odmienne podejście.

Śledź ZkrainyNBA na Twitterze

Koszykówka to bardzo prosta gra, ale właśnie w tej prostocie tkwi jej złożoność. Drużyna A chce trafić piłką do kosza, drużyna B stara się jej przeszkodzić. Możliwości zdobywania koszy niemal nieograniczone. A pierwsze skojarzenie?

Nie dla mnie. Co więcej, myślę, że chyba w żadnej innej grze z piłką nikt nie wymyślił bardziej niepotrzebnego i trudniejszego zagrania, za które dostaje się przecież tyle samo punktów ile za niepopularny rzut o tablicę Tima Duncana.

Jest różnica, prawda? A oba zagrania są za dwa punkty.

Pisząc to nie chciałbym wyjść na jakiegoś koszykarskiego purystę, też lubię soczyste plakaty czy centrów pakujących z miejsca z trzema obrońcami na plecach (viva Nikola Pekovic!), ale osobiście nie podoba mi się, że tanie efekciarstwo przesłania piękno gry. Tanie, bo ilu jest gości, którzy nie mieli nic wspólnego z poważnym basketem, a skaczą i wsadzają piłkę lepiej od niejednego zawodnika NBA? No właśnie.

Na parkiecie w poważnej koszykówce na wszystko jest miejsce, ważne żeby zachować równowagę. Brakuje mi w dzisiejszej NBA drużyn wykorzystujących w pełni prostotę gry, ostatnią byli chyba Utah Jazz Jerry’ego Sloana. Załapałem się na ich końcówkę, jak dopiero zaczynałem łapać o co w tym wszystkim chodzi. Najbliżej tego archetypu są San Antonio Spurs, którym Gregg Popovich prędzej pourywa głowy, nim pozwoli na brak myślenia na boisku.


Nie jestem fanem atletycznego basketu, jaki króluje w dzisiejszej NBA. Lubię za to niepozornych białych chłopaków z niezmierzonym koszykarskim IQ. Takim jest na przykład Gordon Hayward, który rzadko kiedy podejmuje złe decyzje na parkiecie. Poniżej klip z jego akcjami z kwietniowego meczu przeciwko Houston Rockets:

I boxscore.

29 punktów na wysokiej skuteczności, zdobyte korzenną koszykówką – czyste trójki i wjazdy w kontrach. Żadnych bezsensownych rzutów przez ręce i innych niepotrzebnych bajerów. Do tego dodajemy przytomność na desce, niezły przegląd pola i mamy koszykarza, którego oglądanie to sama przyjemność.

W tytule przeciwstawiam Haywardowi Russella Westbrooka, bo jest on dla mnie idealnym przedstawieniem trendów panujących w dzisiejszej NBA. Liga przyspiesza, na gwiazdy wyrastają rozgrywający, którzy nawet nie są playmakerami, ważne żeby szybko biegali i jeszcze szybciej kozłowali. Derrick Rose czy Westbrook są właśnie takimi zawodnikami. Obaj są niewątpliwie utalentowani i obdarzeni iskrą Bożą jeśli chodzi o wyskok, dynamikę i szybkość. Obaj potrafią też zdobywać punkty. A że ich skuteczność z gry ledwo oscyluje wokół 44%? To nie jest istotne, ważne, że będą mieli kolejne akcje w porannym Top 10.

Na deser akcja z otwarcia sezonu dla Spurs i Thunder. Niby każdemu może się przysnąć, zwłaszcza w pierwszym meczu sezonu, ale mnie jakoś nie dziwi, że tym kimś był akurat Westbrook:

Zdaniem wielu obserwatorów Thunder strzelili sobie w stopę pozbywając się Jamesa Hardena. Wszystko co dobre w ataku pozycyjnym OKC przechodziło przez jego ręce. Myślę, że Kevin Durant nigdy nie powie tego głośno, ale też pewnie był spokojniejszy, kiedy piłką w ataku zajmował się Broda, bo on nigdy nie miał problemu z podporządkowaniem się i zagraniem akcji najlepszej dla drużyny.

Phil Jackson porównał kiedyś zespół koszykarski do zespołu jazzowego, w którym każdy musi znać swoje miejsce i najważniejsze jest granie w równym rytmie. Mike Krzyzewski do pięciu współpracujących palców jednej pięści. Ktoś chce z nimi polemizować?

Krążenie piłki w poszukiwaniu otwartych strzelców, poruszanie się bez piłki, gra bez kozła czy wykorzystywanie błędów obrony i łatwe punkty to elementy koszykówki, które nie przebijają się na nagłówki, ale bez których mi trudno wyobrazić sobie tę grę. Najlepszą grę na świecie. Fajnie jest czasem zrobić coś pod publikę, ale nie zapominajmy, że koniec końców, trzeba rzucić więcej punktów od przeciwnika. Po prostu.

Filip Nowicki

Komentarze

komentarzy