Gdyby bracia grali razem – cz. 2

fot. Flickr

Bracia, rodzina, braterstwo. W normalnym życiu, tak jak i w sportowym, trzeba się wspierać. Pomoc w pracy domowej obok pomocy w treningu, opis zadania szkolnego obok opisu zagrywki meczowej, czy wyjście do kina obok wyjścia na boisko. To wszystko dopóki obaj nie zaczną zawodowych karier w innych koszulkach. Wtedy zaczyna się personalna mobilizacja w celu zdobycia i zaprezentowania lepszych umiejętności niż braciszek, ale czy wspólne zgranie ludzi o tej samej krwi dałoby lepsze efekty? Nie ma tu żadnej reguły. Mogą być wyjątki, mogą być ideały, a przecież pogdybać zawsze można.

Justin Holiday – 05.04.1989 Niewybrany w drafcie
Jrue Holiday – 12.06.1990 17. wybór w drafcie 2009

Wakacyjni bracia jak do tej pory całe swoje kariery w NBA byli związani z Sixers, ale ich poziom sportowy znacznie się od siebie różnił. Młodszy zaledwie o rok Jrue wykonał niesamowity skok w przód i z niezłego rozgrywającego stał się All – Starem, kandydatem na reprezentanta USA, jak również elementem, za który można było dostać czołowy prospekt ostatniego draftu, czyli Nerlensa Noela Wielu widzi w tej wymianie głupotę, ale ten drastyczny ruch oznacza kompletną przebudowę w Filadelfii, prawdopodobnie opierającą się na kolejnych naborach.

Z kolei starszy Justin ma podobne imię… i w zasadzie to tyle, jeśli by ich porównywać, jego umiejętności są na o wiele niższym poziomie. Miał więcej czasu na trening, ale mniej talentu, żeby w ogóle łapać się do dwunastki Sixers. Zagrał kilka razy, pokazał, że umie zdobywać punkty (w przeliczeniu na 48 minut miałby ich 14,3), ale czegoś najwidoczniej brakowało, albo konkurencja była zbyt silna. Może gdyby trening Holidayów przebiegał wspólnie, byliby tandemem obwodowym nie do zatrzymania. Teraz Jrue spróbuje się w Nowym Orleanie, więc mało prawdopodobne, że ponownie połączą siły, aby zdobyć czas na udowodnienie mocy braterstwa.

Doron Lamb – 06.12.1991 42. wybór w drafcie 2012
Jeremy Lamb – 30.05.1992 12. wybór w drafcie 2012

Bracia Lamb nie mają łatwego życia w NBA. Rozegrali dopiero po jednym sezonie, a już doświadczyli wymiany, albo z Houston do Oklahoma City, albo z Milwaukee do Orlando. Po samych ich numerach w drafcie można stwierdzić, kto jest lepszym prospektem, jednak patrząc na statystyki to starszy Doron ma minimalną, ale zawsze przewagę. Głównym czynnikiem zapewne było to, iż ani Milwaukee, ani tym bardziej Orlando nie walczyło zbyt zaciekle o dostanie się do fazy play-off, toteż ogrywanie młodziaków było priorytetem.

Jeremy miał być kimś takim w Houston, ale los chciał, że nie zdążył nawet zadebiutować z barwach Rockets, a już musiał się pakować, ponieważ pojawiła się opcja przyjścia gwiazdy z brodą. W Thunder siedział daleko na ławce za Thabo Sefaloshą Kevinem Martinem a nawet za kombinacjami gry na dwóch rozgrywających pomiędzy tercetem Westbrook Jackson Fisher Obecnie nie ma Martina, ponieważ zdecydował się zostać Leśnym Wilkiem, więc Jeremy ma szansę wejść w jego buty i zostać czwartym/piątym strzelcem Thunder, jako pierwszy rezerwowy. Zdobywanie punktów to umiejętność, którą opanował w przyzwoitym stopniu za czasów Connecticut.

Obaj bracia mają w naturze rzut, podobne parametry oraz coś do udowodnienia, więc ich mieszanka w jednym zespole raczej by nie wypaliła, no chyba, że byliby jedynymi SG i walczyli o pierwszą piątkę w rodzinnym pojedynku, aczkolwiek nie byłaby to drużyna na miarę mistrza. Druga opcja to Jeremy na prawym skrzydle, Doron na lewym i całą akcje czekają na podanie, żeby oddać rzut za trzy. Fajnie, ale z kolei powstaje wtedy dziura po bronionej stronie parkietu. Może to i dobrze, że GM’owie nie chcą ich łączyć.


Brook Lopez – 01.04.1988 10. wybór w drafcie 2008
Robin Lopez – 01.04.1988 15. wybór w drafcie 2008

Najbardziej znani bliźniacy centrzy w NBA. Z twarzy identyczni, a odróżnia ich fryzura, ponieważ Brook twardo trzyma włosy maksymalnie na parę centymetrów, a Robin utrzymuje podobieństwo do Sideshow Boba z Simpsonów.

Style gry różną się mniej więcej tak samo jak „upierzenie”. Brook poza swoim sezonem rookie, stale oscyluje wokół średniej 20 punktów na mecz i trzyma ją nawet w obliczu grania wspólnie z Deronem Williamsem czy Joe Johnsonem Jako że ma 213 cm, to najłatwiej mu je zdobywać spod samej obręczy, ale jego rzut półdystansowy mimo, że koślawy, to również jest skuteczny. Robina mocną stroną jest raczej obrona. Może nie jest tytanem na deskach czy typowym shot blockerem, ale potrafi utrudniać rzuty, jest mobilny i bardzo aktywny. Jego obrona w sytuacjach tyłem do kosza też stoi na niezłym poziomie. Jeśli jednak chce pełnić większą rolę w Portland niż tylko „gość od czarnej roboty”, musi poprawić swój arsenał ofensywny. Jego najwyższa średnia punktowa to 11,3 z poprzedniego sezonu, co jest słabszym wynikiem niż najgorszy sezon brata pod tym względem – 13,0. Z kolei Brook, jeśli chce udowodnić to, że jego występ w Meczu Gwiazd nie był przypadkiem, musi udoskonalić się w sztuce obrony. Dobry początek już ma, ponieważ w CV będzie mógł sobie wpisać Kevin Garnett w rubryce „Szkolony przez”

Center z Brooklynu, a obok center z Portland, ale na silnym skrzydle, mogliby ciekawie wyglądać. Gra na dwie wieże w czasach small ballu jest ryzykowna, ale jeśli umiejętności wykonywania podań stałyby na wysokim poziomie, a zgranie dawało pewne punkty w większości akcji dwójkowych, trener drużyny przeciwnej miałby duży problem, gdyby nie dysponował ogarniętym wysokim graczem. Kto wie, może Michaił Prochorow zdecyduje się na taki ruch, kiedy kolana KG odmówią posłuszeństwa.

Markieff Morris – 02.09.1989 13. wybór w drafcie 2011
Marcus Morris – 02.09.1989 14. wybór w drafcie 2011

Ci bliźniacy z miejsca stali się najbardziej popularną parą w NBA. Powodem było to, iż już na drafcie mało kto mógł ich rozróżnić, a zostali wybrani zaraz po sobie. Złośliwi mówią, że Phoenix rzucało monetą, żeby sprawdzić którego z braci chcą mieć w drużynie, a za półtora roku stwierdzili, że fajnie byłoby mieć obu. Obecnie grają razem i nawet, jako pierwszy taki duet w historii wystąpili obok siebie w wyjściowym składzie.

To nie lada orzech do zgryzienia również dla komentatorów, którzy nieraz już pomylili się wykonując swój zawód. Podobieństwo jest prawie stuprocentowe: postura, twarz, fryzura, zarost, styl gry, imię… Gdyby nie numery na koszulkach mogliby umawiać się na wrabianie sędziów i nabijanie fauli tak, żeby brat nie wyleciał z boiska. Żarty swoją drogą, ale Marcus i Markieff naprawdę dobrze współpracują wymieniając się na pozycjach silnego i niskiego skrzydłowego. Razem doprowadzili drużynę Suns Ligi Letniej do finału, w którym polegli z mocno obsadzoną młodziakami drużyną Warriors. Teraz będą walczyć o… w sumie to nie wiadomo o co walczyć w tym sezonie będą Phoenix, ale jeśli będzie to zajęcie 7-8 miejsca i wejście do play-off, to tandem pod nazwą Morris na pewno pomoże w tej arcytrudnej misji.


Jeff Teague – 10.06.1988 19. wybór w drafcie 2009
Marquis Teague – 28.02.1993 29. wybór w drafcie 2012

Czy Byk i Jastrząb dałyby radę żyć w symbiozie? Ciężkie do wyobrażenia, tym bardziej, że obaj są rozgrywającymi bardziej nastawionymi na zdobywanie punktów. Młodszy Marquis co prawda jest jeszcze do odratowania, bo ma zaledwie 20 lat, a jego stosunek punktów do asyst wynosi mniej więcej jeden do jednego (jedna asysta na jeden rzucony kosz), czyli jeśli otoczy się go genialnymi snajperami to będzie mógł o sobie mówić „True Point Guard”.

Jeff to rzucający w ciele rozgrywającego, uwielbia rzucać, zdobywać jak najwięcej oczek, ale jego wzrost oraz waga nie pozwalają mu na zmianę pozycji. Może i pogubił się podczas Skills Challange w Houston, ale kozioł ma przyzwoity, dlatego utrzymuje się w wyjściowej piątce Atlanty. Co więcej Hawks, mimo jego próśb, wyrównali ofertę z Milwaukee i nie pozwolili mu zmienić barw. Gdyby tak Marquis zdobył więcej doświadczenia jako „jedynka”, a Jeff nabrał masy i (co niemożliwe) nieco podrósł, to ich połączenie na parkiecie dałoby pozytywne efekty, ale na razie, niech sobie porywalizują w obrębie jednej Konferencji.

Część pierwsza

Komentarze

komentarzy