Gar Forman unika katastrofy
Przez te wszystkie lata z NBA, często łapię się na sprowadzaniu kwestii przedłużania kontraktów, czy negocjacji nowych umów – tylko i wyłącznie do osoby Generalnego Menadżera, którego zadaniem jest zadbać o interes nie tylko drużyny, lecz także organizacji. Zapominam o tym, jak znieczuleni na sprawy swojej przyszłości są gracze, zdający sobie sprawę, że ich wartość jest znacznie większa niż składane przez zespół propozycje – współzależne nie tylko od rynku, lecz także finansowych możliwości właściciela.
Wcześniej mówiłem o Jamesie Hardenie. Mimo jednego z najbardziej widowiskowych debiutów w historii NBA, jest on nadal tym samym człowiekiem, który kilka tygodni temu deklarował swoje przywiązanie do Oklahoma City i gotowość na ustępstwa. W podobnym tonie o Chicago Bulls wypowiadał się do niedawna Taj Gibson. Dla skrzydłowego również był to okres być albo nie być w Wietrznym Mieście.
Znów myślałem o skąpstwie Jerry’ego Reinsdorfa i braku wyobraźni Garego Formana, który o mało co nie wypuścił na rynek wolnych agentów jednego z najlepszych obrońców klasy 2009. W międzyczasie Taj Gibson zwodził dziennikarzy zapewnieniami, iż skupia się tylko i wyłącznie na tym, czego wymaga od niego Tom Thibodeau, a kwestię kontraktu pozwoli rozstrzygnąć agentowi. Agent był jednak uparty, podobnie jak Pelinka. Z drugiej strony – równie dobrze, to Taj Gibson mógł potajemnie kontrolować przebieg rozmów, choć w tym wypadku jest to zwyczajne szukanie winnego za to, że cały proces trwał tak długo. Niemniej obojętność skrzydłowego zmartwiła nieco fanów Bulls.
Jest tak wielu entuzjastów Taja, że naprawdę ciężko mi go za cokolwiek oskarżać. Tym bardziej, że w ostatecznym rozrachunku złożył parafkę pod umową za 38 milionów dolarów (z bonusami) i przez kolejne 4 lata pick-and-rolle rywali będzie zatrzymywał z napisem Bulls na klatce piersiowej. Obawiam się mimo wszystko, że przez brak chęci współpracy ze strony Formana i Reinsdorfa wcześniej w tym roku – stracił nieco zaufania do zespołu i przy kolejnych okazjach – będzie gryzł się w język przy deklaracjach, że z Bulls to forever-together. Nie powinien go opuszczać entuzjazm, bo w systemie Toma Thibodeau ma ogromną przestrzeń na rozwój.
Dla trenera Byków, Gibson jest idealnym defensywnym produktem na pozycji silnego skrzydłowego wychodzącego z ławki. Choć cała ta sekwencja może odrobinę szufladkować Taja, to nie powinniśmy ulegać złudzeniom, ponieważ dla trenera Bulls jest to okazja na eksplorowanie przeróżnych rotacji zarówno w ataku, jak i obronie. Główną zaletą jest tutaj stosowanie filozofii small-ball. NBA rozwinęła się w tym kierunku zbyt mocno, aby za wszelką cenę utrzymywać tradycyjne schematy z rasowym centrem na środku. Takich notabene jest coraz mniej, a Taj ma wystarczająco dobre warunki fizyczne, aby w niższym składzie grać jako środkowy. Trochę tego było już podczas meczu z Kings.
Gibson match-up’ował się tam zarówno z Thomasem Robinsonem, jak i Jasonem Thompsonem oraz DeMarcusem Cousinsem i dopóki żaden z nich nie rozwinie swojej gry w post-up, Taj będzie nad nimi dominował. Pierwsze miejsce w defensywnym ratingu po sezonie 2011/2012 powinno wystarczyć jako silny argument.
Po odejściu Omera Asika, możemy spodziewać się, że Thibodeau będzie pod koszem grał Tajem z Carlosem Boozerem, czyli dwoma nominalnymi skrzydłowymi. Ciekawe rozwiązanie, które nigdy wcześniej nie było stosowane, a przyniosło Bulls sporo energii w czwartej kwarcie meczu z Kings. Gdy Boozer walczył pod koszem, Taj rozciągał grę na obwód, robiąc swojemu koledze więcej miejsca. Jako, że Carlos nadal jest defensywnym beztalenciem, to Gibson będzie odpowiadał w tym duecie za obronę pomalowanego.










