Erik Spoelstra nazwał swój atak
Nie wiem, czy wszyscy przeciwnicy Erika Spoelstra zapadli się pod ziemię, ale jeśli do tej pory tego nie zrobili – to powinni. Gdy w piątym meczu finałów playoff LeBron James hamował temperament Mario Chalmersa, który starał się pobudzić publiczność jeszcze przed zakończeniem meczu – Erik Spoelstra nie myślał wcale o tym, co do tej pory spotkało go na Florydzie. Nie szukał w tym wszystkim odpowiedzi na zarzuty swoich krytyków, sukces traktował jak cel swojej autentycznej pracy.
Dołącz do fanów ZkrainyNBA na Twitterze
Dzisiaj ma prawo nazywać swoją ofensywę pace-and-space, free-libya, czy nawet go-fuck-yourself, bo spełnił oczekiwania zarówno swoich podopiecznych, fanów zespołu, krytyków oraz – przede wszystkim – Pata Rileya. To właśnie prezydent Miami Heat dostrzegł w Spo analityczny umysł, gdy ten na początku swojej pracy z Heat analizował zapisy wideo i swoimi spostrzeżeniami dzielił się ze sztabem trenerskim. Wkrótce stał się naturalnym kandydatem do roli objęcia stanowiska trenera, gdy brylantowy Pat planował emeryturę.
Na początku jego pracy z zespołem spotykał się często z szyderczymi komentarzami na swój temat. Znalazł się bowiem pod pręgierzem opinii publicznej i dopiero zdobywając mistrzostwo z Wielką Trójką mógł uwolnić się od nacisku ze strony prasy i kibiców. Powstała wówczas strona firespo.com, gdzie osoby niezadowolone z pracy Erika klikały w odpowiednie miejsce, aby zamanifestować. Na dzisiaj takich osób jest przeszło 36 tys. Niestety nie ma opcji, aby się z tego wycofać. Zakładam, że po zdobyciu mistrzostwa z Heat przynajmniej kilka tysięcy osób chciałoby to zrobić.
Liczba w gruncie rzeczy powinna zmniejszać się z każdym miesiącem, gdyż Erik – na to wygląda – odnalazł swoją tożsamość i zaufał umiejętnościom oraz instynktowi. Sezon Miami Heat nie zaczęli tak dobrze, jak chociażby San Antonio Spurs, czy New York Knicks, z którymi przegrali w dość słabym stylu, ale podobnie jak Los Angeles Lakers – starają się przyswoić ofensywę będącą ich znakiem rozpoznawczym. Spo – jak wcześniej wspominałem – nazwał to pace-and space i w głównej mierze opiera się to na kilku bardzo jasno określonych zasadach.
Niektórzy porównują ten system do ataku „siedem sekund lub mniej”, czyli coś, w czym specjalistą był Mike D’Antoni. Chodzi tu jednak o coś znacznie więcej, bowiem Heat w pierwszej kolejności starają się grać dobrą defensywę i to z niej ma wychodzić szybki atak rozciągający grę na cały parkiet. Up-tempo, czy tzw. spread-offense to czynniki składające się w jedną całość stanowiącą gotowy produkt. Tutaj też znajdujemy wyjaśnienie, dlaczego latem zespół ściągnął Ray’a Allena i Rasharda Lewisa. Obaj panowie słyną ze swoich umiejętności na dystansie i to właśnie dzięki szerokiej grze Heat i dużej liczbie podań, extra-passów itd. – piłka znajduje drogę na obwód, gdzie wystarczająco dużo pola do działania mają strzelcy.
3+1 Jesusa Shuttleswortha z meczu przeciwko Denver Nuggets jest tu sztandarowym przykładem, który jak na dłoni pokazuje rolę każdego gracza na parkiecie w nowym systemie. Akurat w tym wypadku Nuggets mogli zorganizować swoją defensywę. Mimo to świetna zagrywka chłopaków Spo zrobiła miejsce Allenowi na lewym skrzydle.
Na ten moment Heat są drugą najlepszą ekipą za trzy trafiając 46% swoich rzutów. Ray Allen w czterech meczach rozegranych w tym sezonie ma 60% (12/20) oddając średnio 5 rzutów z dystansu, natomiast Rashard Lewis jest jeszcze trochę „rusty”, ale mimo to jego skuteczność zza linii trzech punktów to 50% (7-14). Na ten moment jakiekolwiek statystyki są mało wiarygodne, bowiem dopiero weszliśmy w sezon. Na Florydzie jednak polityka się nie zmieni i możemy oczekiwać dużo egzekucji na skrzydłach, gdzie Sugar Ray brylował do zawsze.
Miami mają najlepszą ofensywę, zdobywając średnio 117,4 punku na mecz, ale z drugiej strony kuleje ich obrona, bowiem pozwalają rzucać rywalowi 111,9 punktu. Nie od razu Rzym zbudowano, doskonale o tym wiedzą w Los Angeles, a Spo nie czuje teraz żadnej presji.











