Blazers on tour – part 1

Nicolas Batum /fot. Flickr

Mając w pamięci zeszłoroczne spotkania w Milwaukee, czy też Indianie, a więc w miastach mniej więcej podobnych wielkościowo do Cleveland, sprawę biletów na to spotkania bagatelizuję. Dodatkowo Cavs zajmują jedno z ostatnich miejsc w lidze, a przyjeżdża, owszem potęga i najbardziej emocjonująca drużyna, ale tylko dla piszącego. 4 porażki z rzędu na wyjazdach to także argument.

Spokojne spojrzenie na portale biletowe na dwa dni przed spotkaniem, po drodze oczekiwania na miejsca w 4-5 rzędzie od boiska i… bilety owszem w sieci są tyle, że sztuk 4. Dwa w absurdalnej cenie przy parkiecie i dwa za koszem. Jak na całą halę jakby trochę mało. Szybkie poszukiwania w innych miejscach i sukces podobny. Wraca taktyka z Chicago – wyjazd na mecz bez biletu. Zdecydowanie byłem zaskoczony takim obrotem sprawy, bilety w Indianie czy Milwaukee dostępne były sezon temu bez problemu i to w doskonałych cenach na miejsca kilka rzędów od parkietu.

Tytułem wstępu. Cleveland najpiękniejszym miastem w USA jest i basta. A jeżeli nie samo downtown, to na pewno przylegające do niego dzielnice Edgewater i Lakewood. W Portland zapewne nic o tym nie wiedzą, ale dzięki temu zmieniam układ sił w lidze – „zgoda” z Milwaukee zamienia się na „układ”, a do grona przyjaciół zapraszam Cleveland. Nigdy co prawda nie darzyłem tej drużyny jakimikolwiek emocjami, ale z racji zamieszkania musiało się to zmienić. Można powiedzieć, iż w miarę ich akceptuje od niedługiego czasu.

Od hali Cavs dzieli mnie 30 minut marszu. 5 minut autobusem lub 10 kolejką miejską. Mając w pamięci różne przygody w ostatnim czasie, bezpiecznie rezerwuję sobie na podróż 7 godzin. Po 15 minutach jestem u celu. Szybkie zajęcie się innymi sprawami i godzinkę przed meczem odziany w bojowe koszulki Portland melduje się przed halą.

Dwa słówka o hali. Nazwa sponsorska „Quicken Loans” nie powala, aczkolwiek dużym plusem jest jej umiejscowienie w samym downtown. Zdecydowanie bardziej odpowiadają mi takie obiekty, niż chociażby hala Pistons na przedmieściach (chociaż teoretycznie akurat tam ma to uzasadnienie). Można spokojnie znaleźć sobie miejsce do odpoczynku przed meczem, posilenia się, napicia piwka – na hali wszystkie te czynności są i nieproporcjonalnie droższe i nieproporcjonalnie gorzej jakości.

Biletów czas szukać…

Jedno okrążenie, dwa okrążenia i nikogo – szczerze powiedziawszy zaczynam podejrzewać, iż w Ohio sprzedaż biletów jest chyba nielegalna. W każdym razie koszmar internetowy potwierdza się.


Ostatnia deska ratunku – okienko ticket. O dziwo ktoś tam jest. Patrzymy, spoglądamy i bilety są. Pojedyncze ale są. Mało atrakcyjne ale lepszy rydz niż nic. Po wejściu na obiekt, gdzie nie wiadomo z jakich przyczyn nie otrzymuję koszulki „216” (wiek Cleveland) ląduje na drugim piętrze w stylu podobnym do tego oglądanego w Chicago. Jako, iż chęci miałem dobre a zawiodła podaż wykonuje manewr jeszcze nie w USA niepróbowany – zjeżdżam windą na Lower lewel i zasiadam tam gdzie jest miejsce. Szybkie przywitanie z okolicznymi fanami i wszystko jest w należytym porządeczku. Rząd ten sam tylko piętro inne, na które podobno nie dało się kupić biletów. Dla spokoju informuję o sytuacji stewarda, wyraża zrozumienie dla gościa i życzy udanego meczu. Trzeba zaznaczyć, iż na drugim piętrze było delikatnie lepiej niż na hali Chicago, ale mimo wszystko uważam, iż akurat tam lepiej oglądać już mecz na telebimie.

Muszę powiedzieć, iż publika robi wrażenie. Pomimo wyników wierność rządzi. Hala naprawdę miło zapełniona fanami, co prawda prezentują oni styl taki sam jak w całych USA, ale nie jest źle. Zdecydowanie najbardziej odpowiadająca mi publiczność z wszystkich spotkań oglądanych na żywo, oczywiście nie licząc najbardziej fanatycznych trybun w Portland.

Jedyny minus to lekko denerwujący osobnik siedzący rząd wyżej. W drugiej kwarcie jednak, kiedy pojawia się na parkiecie mój „ulubieniec”, Joel Freeland i nagle rzuca bezbłędnie z okolic gdzie rządzi LaMarcus Aldridge, zaskarbił sobie on moją sympatię krótkim „who the fuck is Freeland”. Freeland był zresztą kluczowym zawodnikiem w tej fazie meczu, przecierałem oczy ze zdumienia. 8-9 punktów to chyba rekord życiowy, do tego brak strat, wsad. Rewelacja, przypomina tylko, iż uczyniłem tego zawodnika głównym winowajcą porażki w NY.

Cały mecz w okolicach remisu, pierwsza kwarta beznadziejna, Batum nie potrafi zakończyć dwóch prostych wsadów, postawa bezbarwna. To, co najlepsze jednak przed nami. 35 sekund do końca i przewaga dwóch punktów. Cavs nie trafiają, bezpańska piłka i zbiórka gospodarzy. Poprawka – remis. Ostatnia akcja młodziaka nieudana, dobitka LaMarcusa po czasie. Można usiąść ponownie na krzesełko ponieważ ostatnie dwie minuty oglądam z okolic schodów i dzielącej mniej barierki z około metrowym uskokiem, który rozpoczynał sektor najbliżej boiska.

Pierwsza dogrywka punkt za punkt, trójka za trójką. Sytuacja powtarza się. Przedostatnia akcja Cavs i remis. Pozostaje kilka sekund, Lillard nie trafia, Batum zbiera i… kosz. Nie ma możliwości by powstrzymać emocje, przeskakuje barierkę i zmierzam w kierunku parkietu. Batum chyba widzi lecącą koszulkę Portland na trybunach i udając samolot zmierza w moim kierunku. Szybkie przypomnienie sobie, jak po francusku powiedzieć „You are hero” i nagle ryk publiczności. Punkty cofnięte, powtórka sędziowska. Spoglądając na telebim, już widzę – trzeba wracać na schody.

Maszyny popcornowe rozgrzane do czerwoności, catering zamawia nowe parówki do hot-dogów, Piwko leje się strumieniami, druga dogrywka faktem. Pierwsze 2 minuty kosz za kosz na 100% skuteczności. Odjazd Portland na 4 punkty i pogoń Cavs. Ostatnie 30 sekund i 1-punktowe prowadzenia gospodarzy, Lillard, drybling i….. strata.

W sektorze 111 rozpacz. Kontra gospodarzy i cud – nie ma 3-punktowego prowadzenia. Portland przy piłce, próba rzutu – nic z tego. Faul 2,5 sekundy zostaje do gry. Cavs wykorzystują jeden osobisty i na trybunach pewność wygranej. Obok mnie fan Cavs, który ciągle klepie mnie po plecach, jaki to fantastyczny mecz mamy dzisiejszego wieczoru. Tym razem klepie z nadzieją, iż pogratuluje mu wygranej. Rzucać za 2 czy za 3 – głowię się przez chwilę, aby za 20 sekund zobaczyć rzut fart Batuma – piłka wpada, jednopunktowe prowadzenie faktem.

Tego już za wiele, tym razem prawie salto przez barierkę i euforia przy boisku, gdzie przed wbiegnięciem na parkiet powstrzymuje mnie tamtejszy ochroniarz. A jednak do czegoś się przydają i w NBA. Zostaje jednak 0,2s, które o mały włos nie zakończyło się tragicznie….

Mecz małą historią. Może nie będzie mistrzostwa, może nie będzie ósemki, ale nie zmieni to tego, że dla takich chwil się żyje. Przyjmuje gratulacje od osobnika poklepującego, życzę mu szczerze wygranej z nielubianymi Bykami.

Wieczór upływa na umacnianiu zgody w barach downtown.

Komentarze

komentarzy