Wsparcie z D.C., czyli ranking wolnych agentów Wizards
Nene0000

Tylko pięciu graczy mieli pod kontraktem Washington Wizards wchodząc w Wolną Agenturę. W jej trakcie zespół ze stolicy USA szybko porozumiał się w sprawie przedłużenia umów z Bradleyem Bealem i Marcusem Thorntonem. Choć nie jest to jeszcze oficjalna informacja, niemal przesądzone jest też pozostanie w składzie Jarella Eddiego. Nowe kluby znalazło już pięciu graczy występujących w zeszłym sezonie dla Wizards, a na umowy czeka jeszcze trójka graczy. Ten tekst jest właśnie o tej ósemce zawodników. Która drużyna ściągnęła z D.C. najlepsze wsparcie? O tym poniżej.

Bez kontraktu

Gary Neal

Neal padł ofiarą fatalnego, w moich oczach, sztabu medycznego Washington Wizards (Choć Jared Dudley  ostatnio na Twitterze chwalił trenera przygotowania fizycznego, Erica Watersa). Zimą przez kilka tygodni grał z zerwanym mięśniem czworogłowym w udzie, bo lekarze Wizards twierdzili, że to inna, drobniejsza kontuzja. Ostatecznie okazało się, że się mylili, a gdy wreszcie postawili poprawną diagnozę, Ernie Grunfeld zdecydował się Neala zwolnić i zastąpić go Marcusem Thorntonem. Neal w Wizards spełnił oczekiwania. Trafiał na 41% z dystansu, rzucał średnio 9,8 punktów w 40 rozegranych meczach. To, że spełnił oczekiwania, nie oznacza jednak, że można było być z niego w pełni zadowolonym. To bardzo jednostronny zawodnik, typowy gracz od instant offense z ławki, który znalazłby już pewnie zatrudnienie, gdyby nie pewne kwestie, z których przedwcześnie zakończony sezon jest najmniej istotną. W waszyngtońskich kuluarach mówi się, że Neal był symbolem indywidualizmu. Koledzy w szatni nie przepadali za nim, a oliwy do ognia dodał facebookowy wpis Neala na początku offseason, w którym to żalił się, że jego koledzy z Wizards dostali wysokie kontrakty i to niesprawiedliwe, bo on miał przecież świetny sezon. Z takim podejściem, nic dziwnego, że nie znalazł jeszcze pracodawcy, ale jestem prawie pewien, że w końcu ktoś go zatrudni, bo specjaliści od zdobywania punktów zawsze będą potrzebni, nawet jeśli dopiero w marcu. Przed sezonem 15/16 byłem fanem ściągnięcia Neala, pisałem o tym jeszcze zanim zawarł kontrakt z Wizards. Choć sportowo spełnił moje oczekiwania, to jestem rozczarowany jego ogólną postawą i nie skakałbym z radości widząc, że podpisał z moim ulubionym zespołem.

J.J. Hickson

Do Wizards trafił z Nuggets późną zimą, mając być polisą ubezpieczeniową Nene i wspomóc Waszyngton w walce o Playoffs. J.J. pokazał się raczej z dobrej strony, grając głównie w samej końcówce sezonu, gdy Wizards nie mieli szans na awans. Wątpliwy jest jednak powrót do czasów świetności, czyli przede wszystkim osiągnięć, które notował w Blazers czy nawet Cavaliers. To jednak wciąż solidna opcja, jeśli chodzi o piątego, czy szóstego wysokiego w składzie. Ponadto jest lubianą postacią w szatniach. Na parkiecie charakteryzuje go energia i zawziętość, ale nie jest dobrym zbierającym ani obrońcą. Do tego fatalnie wykonuje rzuty osobiste. Ktoś się powinien jednak po niego zgłosić, bo tak jak już wspominałem, wielu lepszych wysokich do zamknięcia składu nie ma.

Drew Gooden

Nie wyobrażacie sobie mojego zdziwienia, gdy wczesnym latem przeczytałem o zainteresowaniu Goodenem z kilku klubów NBA. Nadal nie wierzę, że poczciwy Drew znajdzie zatrudnienie w NBA w najbliższym sezonie, chyba, że ktoś będzie na siłę szukał weterana do roli mentora dla młodszych graczy. Gooden zaliczył słabiutki sezon, trapiły go bliżej niewyjaśnione kontuzje. Gdy zjawiał się już na parkiecie, nie sposób było nie zauważyć na nim klasycznego „I’m too old for this shit” wyrazu twarzy. Drew ma fiński paszport i może to dobry kierunek dla niego. W lidze fińskiej byłby pewnie gwiazdą.

Ranking umów z wolnymi graczami Wizards:

  1. Garrett Temple – Sacramento Kings $24M/3lata

W przypadku Garretta,  z którym rozmawiałem w Polsce, nie byłem zaskoczony wysokością kontraktu, lecz drużyną z jaką się związał. Temple mówił mi, że bardzo chciałby zostać w Waszyngtonie, drużynie, której jest bardzo wdzięczny, ale pójdzie do drużyny, która wykaże się największym zainteresowaniem jego osobą. Garrett oczekiwał tylko kontraktu wyższego niż minimalny. Kings dali mu prawdopodobnie najwyższą ofertę, oferując osiem milionów rocznie. W obliczu skoku salary, trudno póki co stwierdzić, czy Kings przepłacili, choć nie mam wątpliwości, że sporo będzie zawodników o wyższej produkcji i niższej płacy. Nie mam również wątpliwości, że Garrett szybko sfrustruje się organizacją Kings i otaczającą go atmosferą. To bardzo pracowity i inteligentny zawodnik, który szybko będzie miał dość takich graczy jak DeMarcus Cousins. Sportowo, Temple przede wszystkim cieszy się reputacją świetnego defensora. Według mnie trochę niesłusznie. To raczej przeciętny obrońca. W sezonie osiągał średnio 7,3 punktu na mecz, na skuteczności 34,5% za trzy. W styczniu udało mu się podnieść te statystyki do 11,5 punktów i 38% z dystansu. To był najlepszy sezon Temple’a w ataku. Kings mogą być jednak zawiedzeni jednak jego produkcją, biorąc pod uwagę, że płacą mu aż 24 miliony w trzy lata. Dla Garretta to też nie będzie udana współpraca.

  1. Jared Dudley – Phoenix Suns $30M/3lata

Wchodzimy w kontrakty, z których obie strony powinny być zadowolone. Dudley dostał podwyżkę, trzyletni gwarantowany kontrakt i w dodatku wrócił do miejsca, w którym w NBA czuł się najlepiej. W Suns będzie pełnił rolę mentora (w której już się sprawdzał), ale pomoże też na parkiecie swoim świetnym rzutem z dystansu oraz inteligentnymi podaniami. Dudley obecnie jest opisywany jako stretch-four, ale to złe określenie. Dudley jest trójką, z której na siłę robi się silnego skrzydłowego. W Waszyngtonie pokazał, że nie jest w stanie, ani zespołowo, ani indywidualnie dobrze bronić na pozycji podkoszowego. Narzekał na to m.in. jego dobry kolega, Marcin Gortat. Niemniej jednak, Dudley wyraźnie poprawiał atak Wizards…do póki do zespołu nie dołączył Markieff Morris. Okazało się wtedy, że Dudley był beneficjentem „John Wall Effect” –  z jednego z najlepszych strzelców trzypunktowych ligi, stał się kompletnie niewidocznym graczem, gdy zaczął wchodzić z ławki i został partnerem Ramona Sessionsa. Sezon skończył ze średnimi poniżej ośmiu punktów, czterech zbiórek i trzech asyst. Za trzy rzucał ze skutecznością 42%.  Z obecności Dudleya ucieszą się w Suns, choć 30 milionów to stosunkowo dużo jak za zawodnika, który zaliczył słabiutką drugą połowę sezonu, gdy musiał sobie radzić bez elitarnego playmakera, jakim Suns nie dysponuja. Wizards chcieli go zatrzymać, ale nie zgodzili się na stawiany przez Dudleya warunek w postaci trzy-letniego kontraktu. Dobry kontrakt dla obu stron, ale głównie ze względu na sprawy pozaboiskowe.

  1. Alan Anderson – Los Angeles Clippers $1,5/rok

Anderson chciał wrócić do Wizards na nowy sezon, chcieli tego także jego koledzy z drużyny. To absolutny numer jeden, jeśli chodzi o bycie dobrym duchem w szatni. Choć AA spędził prawie cały sezon na ławce ze względu na kontuzje, to wzorowo dopingował kolegów. Dla Waszyngtonu rozegrał tylko 13 spotkań, bo większość sezonu opuścił przez rehabilitację operowanej kostki, a gdy już wrócił, pauzował jeszcze kilkukrotnie przez uraz pachwiny. Choć statystyki (5ppg, 35%FG) nie świadczą, że prezentował się dobrze, to Anderson zdawał „test oka”. To dobry obrońca, który nieźle rzuca z dystansu. Za minimalną dla weterana kwotę, to może być steal Clippers, jeśli tylko Anderson będzie zdrowy. Po rehabilitacji kostki twierdził, że czuje się świetnie, więc jestem optymistą, co do jego dobrej gry w nowym sezonie. Osobiście spodziewałem się, że zostanie w Wizards za Mid-level Exception ($2,9M).

  1. Ramon Sessions – Charlotte Hornets $12,5/2lata

Jeremy Lin to lepszy zawodnik, ale jeśli już Hornets musieli się pogodzić z jego odejściem, to tak naprawdę ich wybór ograniczał się do Jarreta Jacka i Ramona Sessionsa. Sessions był w poprzednich dwóch sezonach jednym z najlepszych rezerwowych playmakerów w lidze. Jego kontrakt, w obliczu większego salary cap, to wręcz okazja. Spodziewałem się, że może dobić nawet do $10M rocznie. Ramon to atletyczny gracz, który od czasu do czasu zaskakuje skutecznością z dystansu. Nie jest dobrym obrońcą, ani podającym. Miewa też czasem problem z wykańczaniem akcji przy obręczy. Jest jednak Jamesem Hardenem dla ubogich, jeśli chodzi o dostawanie się do obręczy (3,5FTA w 20mpg). W sezonie osiągał średnio prawie 10 punktów na mecz i rzucał z najlepszą w karierze skutecznością, powyżej 47% z gry. Wydaje się, że Hornets nie mogli zastąpić Lina lepiej, choć szczerze mówiąc, za Sessionsem w Wizards tęsknić nie będę. Niespodziewanie niski kontrakt stawia go jednak na drugim miejscu tego rankingu.

  1. Nene – Houston Rockets $2.9M/rok

Nene na sto procent opuści co najmniej kilka spotkań Rockets w przyszłym sezonie. To gracz, którego urazy trapią nieustannie. Jednak, kiedy jest już gotowy do gry, daje swojemu zespołowi naprawdę wiele. To bardzo dobry obrońca, dysponujący arsenałem manewrów w ataku, potrafiący zakończyć akcję wsadem nad kilkoma obrońcami atleta, oraz przyzwoity strzelec z półdystansu. Nawet jeśli będzie kontuzjowany przez większość sezonu, zwróci Rockets tę niewielką kwotę, którą za niego wyłożyli w meczach, w których zagra. Do tego tylko jeden rok kontraktu, będący kolejnym świetnym zabezpieczeniem ze strony zespołu. Nene utrzymując się przy chociaż względnym zdrowiu, zapracuje na znacznie wyższy kontrakt w kolejnym sezonie. W ostatnim sezonie notował średnio ponad dziewięć punktów, cztery i pół zbiórki, niespełna dwie asysty, przechwyt i pół bloku w ciągu 19 minut na parkiecie. Rozegrał 57 spotkań,  z których tylko 11 w pierwszej piątce. Dwa sezony temu był podporą czwartej najlepszej obrony w NBA, wychodząc w pierwszej piątce Wizards. Dla Rockets ta umowa to bardzo niskie ryzyko, a potencjalnie bardzo duża korzyść. S-T-E-A-L!