Czy da się zbudować nowych Cavs wokół Kevina Love?

02/10/2018
Kevin Love Cavs

Każdej ekipie potrzebny jest lider. Zmiana LeBrona Jamesa na Kevina Love nie wydaje się zmianą najkorzystniejszą, ale czy może się to skończyć lepiej niż fatalnie?

Cleveland Cavaliers od lat byli zespołem utrzymującym się na wysokim poziomie, grającym regularnie w Finałach, raz nawet sięgając po Mistrzostwo NBA. Przez cały ten czas jednak nie postrzegaliśmy Cavs jako organizację dobrze zarządzaną, poukładaną, wolną od problemów. Z sezonu na sezon sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, aż w końcu w wakacje 2018 roku bańka pękła – LeBron James odszedł do innego klubu, zostawiając po sobie krater w ziemi, z którego prędzej czy później musi wyrosnąć coś nowego. Czy prędzej, czy później? Czy w ogóle wyrośnie z tego kiedyś drużyna, która nawiąże do mistrzowskich aspiracji? Na ten moment są to pytania, na które odpowiedź czeka nas dopiero w dalszej przyszłości. Zastanówmy się jednak, co mają do zaoferowania Cavs na ten moment.

Cleveland przeżyło odejście LeBrona już po raz drugi. W międzyczasie podobne doświadczenie zdobyli także Miami Heat. Jak bardzo brak LBJ miał wpływ na ilość zwycięstw w tych zespołach? Pierwsi Cavs po stracie Jamesa spadli z pułapu 61 zwycięstw do zaledwie 19 w kolejnych rozgrywkach. Wraz z odejściem LeBrona odszedł także Shaq, ale umówmy się – na tym  etapie kariery nie wnosił on już aż tak wiele do gry. Poza tym, większość kluczowych graczy pozostało w Ohio – inna sprawa, że jakość tych graczy nie była najwyższa.. Nie jest to najlepszy prognostyk dla obecnych Cavs. Jak było w przypadku Heat? Trochę lepiej – z poziomu 54 zwycięstw spadli do 37, czyli ‚tylko’ o 17 wygranych gorzej. Różnica była taka, że w składzie były jeszcze dwie gwiazdy, których rola trochę wzrosła, a podstarzali Andersen, Battier i Lewis zostali zastąpieni Dragiciem, już wtedy dobrze grającym Whitesidem i wciąż jeszcze dobrze grającym Dengiem.

Który z tych przypadków bardziej przypomina sytuacja obecnych Kawalerzystów? Moja pierwsza myśl jest taka, że niestety ten pierwszy. Na taki pogląd rzutują przede wszystkim słabe ostatnie Playoffy i w ogóle straszny chaos w minionym sezonie. Trudno wskazać kogoś, kto grał dobrze – w mojej głowie budzi się wspomnienie grupki średniaków biegającej za LeBronem. Stąd analogia do sezonu 2010/11. Być może jednak historia wcale nie musi się potoczyć tak samo i Cavs nie spadną na dno ligowe, a pokażą na co ich stać i powalczą o Playoffy.

Tym co chroni Cavs przed szorowaniem ligowego dna… jest słabość pozostałych zespołów. Trudno sobie wyobrazić, by ktoś był słabszy niż Hawks w nadchodzących sezonie. Ilu jesteś w stanie wymienić z pamięci graczy Hawks na sezon 2018/19? Ja niezbyt wielu. Sytuacja Knicks bez Porzingisa, który opuści z połowę sezonu, też nie będzie łatwa. Orlando Magic wciąż są w rozsypce. O pierwszy numer draftu będzie Cavs potwornie ciężko, nawet gdyby się starali. Sęk jednak w tym, że raczej się o to starać nie będą. Decyzje jakie podjęli latem – przedłużenie kontraktu z Kevinem Love, nie transferowanie JR Smitha i Kyle’a Korvera – dają do zrozumienia, że zamierzają powalczyć.

Jakie są ich szanse? Spójrzmy na skład, którym dysponują. Pozostał w rotacji tylko jeden gracz, który ma szansę być nazywany gwiazdą – jest to oczywiście Ante Zizić Kevin Love. To, jak poradzi sobie bez LeBrona będzie w moim odczuciu jedną z ciekawszych historii do śledzenia na starcie nadchodzącego sezonu. Kiedy ostatni raz grał w roli lidera zespołu, kręcił cyferki na poziomie 26 punktów, 12.5 zbiórki i 4,5 asysty. Może to podnosić na duchu fanów Cavs, jednak łatwo skontrować ten optymizm stwierdzeniem, że Wolves pod jego wodzą nigdy nie weszli do Playoffów. To jednak trochę mało zasadne dywagacje, bo na przestrzeni tych 4 sezonów NBA trochę się zmieniła i Kevin Love tez trochę się zmienił.

Love w ubiegłym sezonie per 36 notował 22,7 punktu i 11,9 zbiórki. Statystyki całkiem niezłe jak na drugą opcję – zwłaszcza taką, która długimi momentami pozostawała na parkiecie niewidoczna. A teraz ciekawostka statystyczna – Kevin zagrał w ubiegłym sezonie 123 minuty bez LeBrona Jamesa na parkiecie. W tym czasie jego średnie per36 wzrastały do 27,5 punktu i 14,9 zbiórki. Imponujące? I tak, i nie. Tak, bo przypomina to jego linijki z czasów gry w Minnesocie. Nie, bo przecież ktoś musiał więcej punktować, gdy LeBron siedział na ławce. Mimo wszystko jednak gra Kevina Love’a może dużo zyskać na nieobecności LBJ’a. Nie chodzi tutaj tylko o ilość rzutów, jaką przejmie po Jamesie Kevin Love. Chodzi o zupełnie nowy system ofensywny, w którym Love powinien się znacznie lepiej odnaleźć.

LeBron James to zawodnik, który dzieli i rządzi grając z piłką w rękach. Każda gwiazda u jego boku jest sprowadzana do roli mniej lub bardziej efektywnego zadaniowca. Kyrie Irving jest gwiazdą, ale kiedy grał z LeBronem, jego rolą było wzięcie na siebie ciężaru kilku akcji ofensywnych. Kevin Love natomiast został oddelegowany do roli strzelca zza łuku. Oczywiście, potrafi przymierzyć zza łuku, ale rzuty spot-up z rogów nie są jego najpotężniejszą bronią, a stojąc z boku i czekając na podanie marnuje swoje największe atrybuty.

Jak zorganizować nowych Cavs tak, żeby zmaksymalizować korzyści z posiadania w składzie ostatniego już gracza o statusie gwiazdy? Przede wszystkim Kevin Love musi zostać przesunięty z rogu boiska na jego szczyt i dostać do rąk piłkę. Od kilku lat dyskusja o Kevinie toczy się wokół jego rzutu z dystansu (ewentualnie defensywy), ale zapominamy trochę o tym, co napędzało cały zespół Wolves przez lata – jego świetne podania. Moje przewidywania są takie, że Love zanotuje w nadchodzącym sezonie rekordowo wysoką średnią asyst w swojej karierze (jak na razie 4,4 w sezonie 2013/14 – ostatnim w Minneapolis).

Dzisiejsza koszykówka jest prosta jak nigdy – zagrania na tzw. „koszyczek” są powszechnie stosowane i Kevin Love, trzymający piłkę na szczycie boiska może się w takim systemie świetnie odnaleźć. Jeśli gracz trzyma piłkę na szczycie, grozi rzutem z dystansu, celnym podaniem i wjazdem pod kosz, to bardzo ciężko go bronić. Tym ostatnim Love tak bardzo nie grozi, ale „pół-zasłana” z „podaniem koszyczkowym” sprawi, że będzie on mógł z łatwością obrócić się i zrolować pod obręcz.

Jest jeszcze jedna broń, której Tyronn Lue może chcieć użyć – są to outlet passy spod własnego kosza. Rozwiązanie idealne – Cavs nie dysponują ofensywnymi wirtuozami i atak pozycyjny nie zawsze musi się kleić. Tak długo jak polegać będzie na ścięciach pod kosz i podaniach od Love’a, może to wyglądać fajnie, ale ciężko będzie wymyślić coś innego. Jeśli trener położy nacisk na zastawianie i walkę o defensywną deskę, to kontrataki z podań Kevina Love mogą stanowić poważny wolumen punktowy Kawalerzystów. Nie, żeby było w składzie wielu wybitnych biegaczy, ale da się to nadrobić ustawieniem.

Widzę więc pewne rozwiązania ofensywne dla Cavs, które to kręcą się wokół postaci Kevina Love. Problem w tym, że trudno tu znaleźć potencjał na coś więcej – zwłaszcza w defensywie – która przecież powinna być bardzo istotna, jeśli zamierzają korzystać z defensywnych zbiórek i uruchamiających podań Love’a. Sam Kevin nie należy do najlepszych obrońców i walka o defensywną deskę będzie wymagać poświęceń – może odpuszczenia obrony za łukiem? W dzisiejszych czasach brzmi jak samobójstwo, nie bez powodu Bucks odchodzą od agresywnego wychodzenia do zasłon i oddawania pozycji w rogach.

Kawalerzystom brakuje obrońców, brakuje strzelców, brakuje atletów. Być może jest to percepcja wytworzona przez ostatnie playoffy. Może Rodney Hood pokaże w końcu na co go stać, Tristan Thompson przypomni sobie swoje najlepsze lata, a Collin Sexton okaże się strzałem w dziesiątkę. Na to muszą liczyć kibice Cavs (hej, są tu jeszcze jacyś?) – bo inaczej pozostanie im możliwie najgorsze miejsce w ligowej hierarchii – nisko, ale nie na samym dole. Moja sympatia do Kevina Love każe sądzić, że jego kariera zostanie zrewitalizowana, jednak czy pomoże to zespołowi? Spójrzmy na to realnie – nie sądzę, żeby skończyli jak Cavs 2011 na samym dnie – bliżej powinno być im do Heat 2015. Lepszym skojarzeniem może być jednak Minnesota Timberwolves 2008-2014. Głównie dlatego, że wyjście z przeciętności może im trochę zająć.

 

 

Kopiuj link do schowka