Celtics, Lakers i kadrowe zagwozdki po loterii draftu
lonzo-ball-markelle-fultz-washington-ucla-2017-3

Maj 18th, 2017

Boston Celtics i Los Angeles Lakers mogą być bardzo zadowoleni z – odpowiednio – pierwszego i drugiego picku w Drafcie 2017. Stwarzają im one jednak pewne kadrowe problemy, które na szczęście są problemami bogactwa.

Zacznijmy od Celtics i pewnej niezręczności, o której wspominałem jeszcze przed loterią – czołowi kandydaci do draftu z rezerwą podchodzą do perspektywy grania w Bostonie. Ich agenci zaszczepiają w nich lęk przed przyklejeniem do ławki w teamie, których po awansie do finałów konferencji raczej nie będzie miał zbyt wiele cierpliwości dla pierwszoroczniaków. Przykład Jaylena Browna pokazuje, że o ile Brad Stevens docenia ciężką pracę, grając swoim rookie w najważniejszych momentach playoffów, to ogólnie Brown nie dostał w tym sezonie takiej ilości minut, do jakiej gwiazdy NCAA są przyzwyczajone.

Jest też problem związany z układem sił w naborze 2017 – dwaj główni kandydaci (a także jeszcze kilku innych w ścisłej czołówce) do numeru jeden, to rozgrywający, dla których niemożliwością będzie zabranie minut Isaiah Thomasowi.

To oczywiście problem nieco sztucznie napompowany przez agentów bojących się o obniżenie notowań w NBA (a co za tym idzie – obniżenie wysokości kolejnego kontraktu) swoich klientów. Taki Markelle Fultz – w zgodnej opinii większości, gracz najbardziej zasługujący na bycie pickiem #1 – ma bowiem talent do odnajdywania się w każdej sytuacji. Jasne – utknie w roli rezerwowego za IT, ale jest na tyle duży, że spokojnie może uciułać dodatkowe minuty występując razem z nim, przejmując rozegranie i pozwalając Thomasowi na grę bez piłki, tudzież samemu pełnić rolę dwójki, dzięki drygowi do trafiania trójek na wysokim procencie.

Fultz może podważyć potencjał Balla

Celtics mogą też wybrać któregoś ze skrzydłowych, takich jak na przykład potencjalny nowy Kawhi (lub nowy Michael Kidd-Gilchrist jeśli nie nauczy się rzucać), Josh Jackson. Jeśli nie chcą marnować pierwszego picku, mogą wymienić się z 76ers lub Suns na 3/4 pick i zyskać dodatkowy atut – przydatnego zawodnika lub wybór w kolejnym drafcie – Jackson pewnie wciąż będzie wtedy do wzięcia.

No i wreszcie jest też opcja zbudowania wokół pierwszego picku oferty, która wreszcie sprowadzi do Bostonu upragnioną drugą gwiazdę (sorry Al). Właściciel Celtics, Wyc Grousbeck, niedawno doskonale opisał jednak kłopoty wiążące się z takim rozwiązaniem:

Jeśli zamierzasz oddać ten pick w ramach pakietu za uznaną gwiazdę na maksymalnym kontrakcie, częścią tego pakietu są również te maksymalne pieniądze. Musisz też razem z nimi wysłać więcej graczy [dla wyrównania płac – przyp. ZKNBA], więc lepiej żeby ten gość, którego pozyskujemy był powtórnym przyjściem boga koszykówki. Co więcej – kimkolwiek jest, będzie zapewne w połowie swojej kariery i trzeba będzie zapłacić mu tonę forsy, co ogranicza cię na różne sposoby.

Jeśli z tym pickiem wybierzesz naprawdę dobrego zawodnika, to możesz wokół niego budować, dorastać z nim. Możesz uczynić go jeszcze lepszym z pomocą trenerów. Jemu też będziesz musiał w końcu zapłacić maxa – za pięć, sześć lat – ale to już co innego.

Danny Ainge pewnie chętnie powtórzyłby dzień Draftu 2007, ale skoro sam właściciel wątpi w sens pogoni za gwiazdą, Celtics pewnie postawią na debiutanta – w końcu on też będzie wartościowym dodatkiem do ewentualnych przyszłych transferów, już po tym, jak na spokojnie ocenią jego potencjał.

Nieco inny problem mają Los Angeles Lakers. Drugie miejsce daje im prawie pewną szansę wyboru lokalnej gwiazdy, Lonzo Balla, który może być kimś w stylu nowego Jasona Kidda (gdyby Jason Kidd miał mega-wkurzającego ojca). Lonzo oraz Papa Ball od dawna mówią, że chcą grać tylko dla Lakers (oczywiście papa LaVar dużo głośniej i bardziej kategorycznie – groził nawet olewaniem zaproszeń na testy od innych drużyn), Magic Johnson też subtelnie sugerował, że Ball bardzo ich interesuje, ale w składzie Jeziorowców jest już jeden – teoretyczny – point guard przyszłości.

Właśnie dlatego tuż po loterii draftu rozdzwonił się telefon Magica Johnsona. Dzwonili menadżerowie innych drużyn NBA z pytaniem o dostępność i cenę D’Angelo Russella.

D’Angelo ma jeszcze dwa lata w swojej debiutanckiej umowie i ledwie 21 lat w metryce. Co prawda Lakers są do pewnego stopnia rozczarowani tempem jego postępów w niektórych dziedzinach, to choć jest nierówny i nie do końca godny zaufania w roli lidera, wielbicieli jego potencjału znajdzie się wielu. Lonzo Ball to nieco inny typ zawodnika, ale dwóch aspirujących do bycia gwiazdą tej ligi playmakerów niekoniecznie gwarantuje bezproblemową koegzystencję.

Celtics i Lakers mają więc problemy, których życzyłyby sobie wszystkie kluby NBA, niemniej jednak wymagają one dość zdecydowanej decyzji w sprawach kadrowych. Teoretyczna dostępność pierwszego picku i D’Angelo Russella na pewno doda rumieńców temu i tak ciekawie zapowiadającemu się offseason.