Blog Blazers Polska: Przeciętność

12/08/2018
Damian Lillard LaMarcus Aldridge Blazers

Belka BlazersPL

(Tekst pierwotnie ukazał się na stronie Blazers Polska)

Mijają 3 lata od momentu, w którym Neil Olshey, generalny menadżer Portland Trail Blazers, stanął przed zadaniem całkowitej przebudowy drużyny. Latem 2015 roku Blazers opuściło czterech graczy podstawowej piątki. Piątki, która na nieco ponad miesiąc przed końcem- jak się miało później okazać, przełomowego w najnowszych dziejach organizacji sezonu, legitymowała się bilansem 41-19. LaMarcus Aldridge grał prawdopodobnie najlepszą koszykówkę w swojej karierze. Gwiazda Damiana Lillarda jaśniała coraz wyraźniej. Nic Batum, Wes Matthews i Robin Lopez uzupełniali skład, czyniąc go jednym z najbardziej komplementarnych w całej lidze. Blazers byli na prostej drodze do mistrzostwa Northwest.

5 marca w meczu przeciwko Dallas Wes Matthews zerwał ścięgno Achillesa i zakończył sezon. Strata mentalnego lidera nie była jedyną, poniesioną wówczas przez Blazers. Formę zgubił przede wszystkim Aldridge, od tamtego czasu już tylko snujący się po parkiecie. Do końca sezonu ekipa zdołała wygrać zaledwie 10 meczów. Bezdyskusyjna porażka z Grizzlies w 1. rundzie playoffów była smutnym potwierdzeniem kryzysu, w którym ludzie Terry’ego Stottsa znaleźli się wraz z kontuzją Matthewsa. Najgorsze miało dopiero nadejść.

W lipcu 2015 roku niezastrzeżony wolny agent LaMarcus Aldridge postanowił pójść drogą wytyczoną przez swoich wielkich poprzedników, Clyde’a Drexlera i Rasheeda Wallace’a, i po 9 latach gry dla Portland poszukać realnych sukcesów gdzie indziej. Wybrał San Antonio Spurs. Z drużyny odeszli również Robin Lopez i Nic Batum. Olshey nie zaryzykował i nie przedłużył umowy z Matthewsem, któremu zaufano w … Dallas. Ze znakomitej, do feralnego 5 marca, pierwszej piątki został tylko Damian Lillard. To na zgliszczach wokół niego miała powstać nowa drużyna. Do Portland trafili m.in. Al-Farouq Aminu, Moe Harkless, Noah Vonleh, Mason Plumlee i Ed Davis. Wszystkich łączyło jedno, byli młodzi, w opinii specjalistów obdarzeni talentem, którego z różnych powodów nie ujawnili przekonująco w swych poprzednich klubach. W sposób trochę wymuszony, to w Oregonie mieli dostać drugą szansę.

I wbrew przepowiedniom większości fachowców nastoletni Blazers, z 43. wygranymi, zameldowali się w playoffach, gdzie wykorzystując kontuzję Chrisa Paula przeszli Clippers, by zatrzymać się dopiero w 2. rundzie na Golden State. Neil Olshey oślepiony sukcesem własnego planu „ młodzi i niespełnieni” nie liczył się z wydatkami. Moe Harkless, Meyers Leonard i CJ McCollum otrzymali wielomilionowe umowy, które są obciążeniem klubowej kasy do dzisiaj. Budżet trzeszczy w szwach ponieważ w tym samym czasie olbrzymie pieniądze przyjęli również Evan Turner- ściągnięty po zaledwie roku dobrej gry w Bostonie oraz Allen Crabbe, któremu kosztem 17 mln za sezon nie pozwolono odejść do Nets.

Poza McCollumem i częściowo Harklessem żaden z suto wyposażonych graczy nie spłacił zainwestowanych w nich pieniędzy. Sezon 2016-17 przed kompletnym krachem uratował transfer last-minute Jusufa Nurkicia. Na ostatniej prostej wywalczyli Blazers 8. miejsce na Zachodzie. W zaistniałych okolicznościach playoffowa porażka z Warriors była najmniejszym zmartwieniem. RipCity zaliczyło regres. Opinie określające zespół Terry’ego Stottsa zbyt silnym na tankowanie, a za słabym na realną walkę w playoffach znalazły potwierdzenie również w ostatnim sezonie.

Damian Lillard po raz trzeci w karierze zameldował się w meczu All-Stars. CJ McCollum „robił” mecze na +50 punktów, a Portland nie miało kłopotów z kolejnym udziałem w palyoffach. Więcej, po raz pierwszy w erze post-aldridgowskiej Blazers okazali się najlepsi na północnym-zachodzie. W pierwszej rundzie otrzymali New Orleans Pelicans- rywala najłatwiejszego odkąd liderem zespołu został Lillard. Wówczas wydawało się , że sukces jest na wyciągnięcie ręki.

Damian Lillard wchodzi w szczytową fazę swojej kariery. Wszem i wobec ogłasza wierność organizacji, nawet gdyby, przy olbrzymiej konkurencji na Zachodzie, miał nigdy nie dostąpić zaszczytu gry o mistrzostwo. Jest All-Starem, zestawiającym się w jednym rzędzie z Currym, Paulem, Hardenem. Jeśli te odważne deklaracje są czymś więcej niż budowaniem legacy gębą, zamiast czynami na parkiecie, to, z całym szacunkiem dla talentu Jrue Holiday’a, Dame musi przeprowadzić Blazers suchą stopą przez mokradła Luizjany.

Jeśli RainBros są rzeczywiście w top3 backcourtów NBA nie mogą przegrać z zestawieniem Jrue Holiday-Rajon Rondo-E’Twaun Moore, po prostu nie mogą. Bo w końcu aspirują do rywalizacji z duetami typu Curry-Thompson czy Harden-Paul. To jest sprawdzian dojrzałości dla liderów drużyny. Tu nie będzie wymówek, że Jrue to świetny obrońca, ze chytrus Rondo z ogromnym doświadczeniem w playoffach. To ma być deszcz, nieustająca, typowa dla Portland ulewa na, co najmniej, 10 trójek i +50 punktów w każdym meczu od combo Lillard&McCollum.

Dojrzałości wymagać należy też od Aminu i Turnera. Chief musi być znów two-way graczem. W palyoffach nie ma już miejsca na frywolne dryblingi, długie ciągi nieobecności w obronie. Potrzebny jest Aminu skoncentrowany na robocie, stopper w obronie, z 2-3 trójkami w każdym meczu. Kiedy w sezonie spełniał te kryteria Blazers na ogół nie przegrywali.

Turner musi uwolnić się od syndromu tłustego kota, błyszczącego elokwencją w wywiadach i na tt. na parkiecie zbyt często chimerycznego. A że grać potrafi wiadomo. Nie wszyscy pamiętają, ale w ubiegłorocznej serii z Warriors to właśnie ET1 był trzecim najlepszym graczem RipCity.

Niestety żaden z warunków, o których pisałem bezpośrednio przed konfrontacją z Pelicans nie został spełniony. W trzy lata po tym jak młody Lillard dostawał szkołę od Mike’a Conleya, a Blazers lanie w Memphis, już dużo bardziej utytułowany i doświadczony oberwał od Pelicans z Jrue Holiday’em. Niby wiele podobieństw, tak jak wtedy drużyna przystępowała do walki jako mistrz Northwest , z przewagą własnego parkietu, kończąc rywalizację na 1. rundzie, przy wyrzekaniach zawiedzionych fanów, ale trudno też sądzić, że w ciągu trzech lat od rozpadu Blazers Aldridge’a, udało się Olshey’owi zbudować bardziej wartościowy skład. Lillard jest indywidualnie lepszym graczem.

Niestety, to cios zadany 4 lata temu Houston pozostaje nadal najbardziej spektakularnym playoffowym osiągnięciem obecnego lidera Portland. A wielu z tych, którzy w tamtym rzucie widzieli wstęp do wspaniałej kariery czuje coraz większy niedosyt. CJ McCollum mimo postępów, które poczynił nie daje drużynie tyle, co Wes Matthews, choć bez większego ryzyka można zakładać, że w przyszłości zrobi większą karierę. Walory Moe Harklessa giną w obliczu wszechstronności Nica Batuma. Aminu aktualnie- najpewniej, trzeci zawodnik w hierarchii, najbardziej uniwersalny w zespole, nigdy nie wskoczy na „all-starowski” poziom Aldridge’a. Nurkić jest dopiero zapowiedzią tego, co oferował Portland Robin Lopez.

Od sezonu 2014-2015 w Portland bez zmian. Lillard, McCollum, Aminu, Harkless tworzą rdzeń, o stażu w warunkach NBA zupełnie wyjątkowym. A mimo to organizacja nie zalicza tak oczekiwanego progresu. Regularne uczestnictwo i przegrane w playoffach stają się powoli nużące. Z drugiej strony nie ma tez powodów do rozpaczy. Trzy lata temu drużyna straciła 4/5 wyjściowego składu z najlepszym graczem włącznie. A gdyby Greg Monroe i Chandler Parsons skorzystali ze szczodrości Olshey’a, Blazers mogli się znaleźć w sytuacji jeszcze gorszej, w rejonach okupowanych od lat przez Sacramento czy Orlando. Zamiast tego mamy w Oregonie drużynę dobrą, oscylującą gdzieś między 8-15 miejscem w ligowej hierarchii.

Idzie o to, czy RipCity ma szansę na ucieczkę z pułapki średniego rozwoju? Wobec wyraźnej niechęci władz klubu do rozbijania RainBros, nie widać kapitału, który mógłby posłużyć do pozyskania zawodnika realnie wzmacniającego skład. Zapchane salary cap nie pozwala zaszaleć na rynku wolnych agentów. Zresztą ci naprawdę wartościowi konsekwentnie omijają Oregon. Paul Milsap trafił do Denver, Jimmy Butler wybrał Minneapolis, a Paul George Oklahomę. Szukając oszczędności zespół nie jest w stanie zatrzymać nawet Eda Davisa. Korzyści z draftowych wyborów przychodzą najczęściej po 2-3 latach. Niewykluczone, ze pierwszą okazją do zmian będzie handlowanie schodzącą za rok umową Aminu. I jej atrakcyjna, niewysoka wartość( niespełna 7 milionów) , i umiejętności Chiefa mogą skusić któregoś z kontenderów. Gdyby jednak Blazers liczyli się w walce o PO i za wszelką cenę chcieli zachować swojego two-way gracza, na istotne zmiany przyjdzie nam czekać do roku 2020. To wtedy nastąpi kres „ery” Meyersa Leonarda, Evana Turnera i Moe Harklessa. Rok później kończą się umowy RainBros. Czy do tego czasu uda się doczekać Blazers więcej niż średnich ? Nadziei należy szukać w eksplozji co najmniej jednego talentu kogoś z grupy: Collins, Nurkić, Simons, Trent. Prawie wszystko wskazuje na to, że rozwój zasobów własnych będzie, siłą rzeczy, głównym sposobem na wyjście z przeciętności, w której Portland Trail Blazers utknęli na dobre odkąd kontuzja Wesa Matthewsa zniweczyła wielce obiecujący sezon 2014-2015.

Kopiuj link do schowka