Kto będzie najgorszą drużyną NBA w sezonie 17/18?

17/08/2017
Lauri Markkanen Kris Dunn Zach LaVine fot. NBA.com/Bulls

Mam poważny problem z wytypowaniem, kto będzie czerwoną latarnią w najbliższym sezonie NBA.

Grono faworytów jest łatwo wyłonić. Golden State Warriors. Houston Rockets. San Antonio Spurs. Cleveland Cavaliers (z Kyrie’em lub bez). Boston Celtics. Coś tam mogą namieszać Wolves i Thunder.

Sponsor serwisu

Środek stawki też jest w miarę wyklarowany.

Kto jednak jest głównym kandydatem do najgorszego bilansu w NBA?

Najsłabsze drużyny wzmocniły się tego lata, a te wchodzące w fazę przebudowy nie są aż tak bardzo osłabione. Oto moje typy (kolejność alfabetyczna) z krótkim komentarzem i sonda dla Was, bo inaczej tego nie rozstrzygnę…

Atlanta Hawks. Jedynym obecnie nawiązaniem do niedawnej, chwytliwej łatki „Spurs Wschodu” jest Dewayne Dedmon, choć Mike Budenholzer – korzystając z tego, czego nauczył się od Popa – może z tej pozornie wybrakowanej zbieraniny zrobić ambitnie walczącą ekipę. Zwycięstw nie będzie dużo – nie podnosi się tak łatwo z kolan po stracie dwóch z trzech najlepszych zawodników – ale jeśli Taurean Prince będzie się rozwijał, Kent Bazemore wróci do formy z contract year, a Dennis Schroeder sprawdzi w roli lidera, wizyty w stanie Georgia nie będą jakoś szczególnie miłe dla innych klubów.

Brooklyn Nets. Od pewnego czasu to bezpieczna odpowiedź na pytanie postawione w tytule tego artykułu, ale ten mądrze zarządzany klub właśnie pozyskał D’Angelo Russella i załatwił mu do pomocy Alana Crabbe. Nets są mocni z tyłu i na obwodzie, ale mają dziurę pod koszem. Jeśli jednak D’Angelo zacznie grać jak gwiazda, a młode, spokojnie rozwijane talenty w stylu Carisa Leverta zrobią krok do przodu, szanse Bostonu na pierwszy pick mogą nie być najwyższe w całej lidze…

Chicago Bulls. Nawet jeśli nie wykupią Dwyane’a Wade’a, ten skład nie będzie o nic walczył w tym sezonie. Bulls zamienili Butlera na młode talenty, ale żadne z nich nie są pewniakami. Zach LaVine rehabilituje się po poważnej kontuzji, Kris Dunn zawiódł jako rookie, a Lauri Markkanen jest faworytem wielu osób do bycia największym bustem tego draftu. Biorąc pod uwagę, że ta trójka to mimo wszystkich wątpliwości i tak jest chyba najlepszą trójką zawodników w obecnym składzie Bulls (minus Wade i wciąż nie przedłużony Nikola Mirotić), dostajemy obraz nędzy i rozpaczy. Tyle, że jeśli LaVine wróci w dobrej formie, a Dunn mając pewne minuty zacznie się wreszcie rozwijać, Bulls mogą nas parę razy zaskoczyć. Rzadko, ale czy najrzadziej w całej NBA?

Indiana Pacers. Transfer Paula George’a był sygnałem do odważnego czyszczenia składu. W chwili obecnej pierwsza piątka Pacers składa się z Darren Collisona, Victora Oladipo, Bojana Bogdanovicia, Thaddeusa Younga i Mylesa Turnera. Poza Mylesem mamy tu sporo solidności, ale zero błysku. Tyle że Turner zapowiada się naprawdę dobrze i jeśli odpali już w tym roku, może utrudnić swojej drużynie tankowanie.

Los Angeles Lakers. Choć budowali skład na ten rok tylko i wyłącznie z myślą o wyczyszczeniu jak najmocniej budżetu na najbliższe lato, to mają całkiem ciekawy zestaw młodych graczy. Jeśli Lonzo Ball ma w sobie choć trochę z Jasona Kidda, powinien na luzie zrobić skład na 30-kilka zwycięstw z Kentaviousa Caldwella-Pope’a, Jordana Clarksona, Brandona Ingrama, Juliusa Randle’a, Larry’ego Nance’a Juniora, Luola Denga, Coreya Brewer, Ivicy Zubaca i Brooka Lopeza. A to wystarczy, żeby uniknąć ostatniego miejsca…

New York Knicks. Wschód jest tak słaby, że Knicks mogą równie dobrze być jego ostatnią drużyną, jak i załapać się do playoffs, ale jeśli Melo odejdzie, sam Porzingis może nie wystarczyć, aby z klubu, którego najlepszym point guardem jest Ramon Sessions zrobić zwycięską drużynę. Może to i nie jest skład na ostatnie miejsce w lidze, ale ciągły chaos w Wielkim Jabłku zawsze obniżał loty Knicks, więc kto wie?

Orlando Magic. Po prostu im nie ufam. Za grosz.

Phoenix Suns. Odważnie szukali wzmocnień pod koszem, ale póki co się nie udało. W tej sytuacji zapewne postawią na dalszy rozwój młodzieży i grę o nic. Eric Bledsoe i Devin Booker to obwód, który wygra im parę meczów, więc jeśli Josh Jackson okaże się gotowy do odciśnięcia swojego piętna na lidze, Słońcom samo dno tabeli nie zagrozi.

Sacramento Kings. Ściągnięcie szczwanych weteranów i wymieszanie ich z pełnymi entuzjazmu młodzikami – do których dołączył De’Aaron Fox – znacznie poprawiło notowanie Kings, ale to wciąż jest zespół w głębokiej przebudowie, zainteresowany bardziej testowaniem najmłodszych graczy niż walką o miejsce w tabeli.

No to jak sądzicie?

Kopiuj link do schowka