Ławka Wizards przegrywa mecz otwarcia

28/10/2016
Marcus Thornton Marcus Thornton

Washington Wizards ulegli 99-114 Atlancie Hawks w pierwszym meczu nowego sezonu, choć przez trzy kwarty wynik oscylował wokół remisu.

Pierwsze punkty dla Wizards w sezonie 2016/17 zdobył wsadem Bradley Beal.

Dobry początek zaliczył Markieff Morris, który skutecznie działał na krótkim półdystansie. Głównym problemem Waszyngtonu od samego początku były zbiórki pod własnym koszem. Marcin Gortat wyraźnie przegrał walkę z Dwightem Howardem, pozwalając swojemu byłemu koledze z drużyny na 19 zbiórek w całym meczu.

Cała pierwsza połowa grana była mniej więcej na remis, poza krótkimi fragmentami, gdy na kilka punktów odskakiwali gospodarze, grający tego dnia bez Mike’a Scotta. Największą atrakcją spotkania był pojedynek silnych skrzydłowych – Paula Millsapa i Markieffa Morrisa, którzy zapisali na swoich kontach odpowiednio 28 i 22 punkty. Morris był właściwie jedynym jasnym punktem Wizards w całym spotkaniu.

Źle wypadł John Wall. Trafił tylko trzy z 15 rzutów z gry, oddając zbyt dużo rzutów z półdystansu i dystansu, zamiast penetrować i dostawać się częściej na linię. Mimo słabej dyspozycji rzutowej, lider Wizards był przynajmniej w stanie pomóc zespołowi poprzez niezłą obronę i dobre kreowanie partnerów. Kilkukrotnie świetnie dostrzegał ścinającego do kosza Otto Portera.

Drugi z liderów Waszyngtonu, Bradley Beal zagrał dobre zawody, ale miał problem z faulami, przez co jego czas gry został mocno ograniczony. W 23 minuty zdobył 13 punktów na 50% z gry i dołożył do tego cztery asysty, ale tylko raz stanął na linii rzutów wolnych.

Otto Porter wyróżnił się tylko kilkoma bardzo dobrymi ścięciami do kosza, które zamieniał na punkty, będąc dobrze obsługiwanym przez swojego rozgrywającego. Trafił pięć z siedmiu rzutów i zebrał sześć piłek. To dobra skuteczność, ale zdecydowanie po Porterze oczekuje się więcej. Nie powinien tak znikać na dłuższe fragmenty.

Słabo sezon rozpoczął Marcin Gortat. Udało mu się zebrać 11 piłek, ale jak już wspominałem, wyraźnie przegrał rywalizację z Howardem. Ponadto, Gortata nie było praktycznie w ataku. Miał małą rolę, oddał tylko sześć rzutów, z których trafił zaledwie dwa. Kolejne mecze pokażą, czy mniejsza rola Gortata to założenie trenera, czy efekt rywalizacji z dominującym łodzianina Howardem. Gortat był -14 w 32 minuty na parkiecie – to drugi najgorszy wynik w zespole i o tyle dziwne, że Gortat zwykł być jednym z liderów Wizards w statystyce +/-.

Problemem Waszyngtonu w tym spotkaniu nie byli jednak starterzy. Przez ograniczone przewinieniami minuty Bradleya Beala, ponad 20 minut na parkiecie spędził Marcus Thornton, którego rzuty – czasem nawet nie w kierunku kosza – świadczyły o tym, jak daleko od optymalnej formy się znajduje. Thornton oddawał złe, nieprzygotowane rzuty i przeważnie nie był nawet blisko trafienia. Jego 2/8 z gry wyglądało gorzej niż 3/15 Walla. Kibice Wizards muszą wzmóc modlitwy o zdrowie Beala, bo perspektywa Thorntona grającego ponad 30 minut i wychodzącego w pierwszej piątce w kilku-kilkunastu spotkaniach, może powodować mdłości.

Bardzo źle sezon rozpoczął także Jason Smith, zastępujący na pozycji rezerwowego centra kontuzjowanego Iana Mahinmiego. W nieco ponad osiem minut popełnił cztery, niewymuszone straty i nie wnosił nic w obronie.

Z rezerwowych najlepiej wypadł Andrew Nicholson, który kontynuuje swoją dobrą grę z okresu przedsezonowego. Dziewięć punktów i siedem zbiórek w 19 minut może nie robi dużego wrażenia, ale wystarczyło, by być piątym strzelcem i drugim zbierającym drużyny. Część minut Nicholson rozegrał na pozycji środkowego, obok Markieffa Morrisa.

Hawks uciekli Wizards w czwartej kwarcie po serii strat stołecznej drużyny. Świetnie z ławki grali Sefolosha i Hardaway Jr., między innymi dzięki którym Atlanta zanotowała w czwartej kwarcie serię 24:4. Problemy Wizards zaczęły się jednak już w trzeciej ćwiartce, w której to rzucali na poziomie 38% z gry.

Na ostatnie cztery minuty spotkania, Scott Brooks na parkiet wysłał trzech debiutantów: Satoransky’ego, McClellana i Ochefu. Choć ‚garbage time’ nie powinien być podstawą do oceny graczy, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że Saty i McClellan powinni grać kosztem, przynajmniej części minut Treya Burke’a i Marcusa Thorntona. Swoje cztery minuty do maksimum wykorzystał zwłaszcza McClellan, zdobywając w tym krótkim czasie siedem punktów i dwa przechwyty, pokazując jednocześnie, że jest może jeszcze nadzieja dla Wizards, na pozycji rzucającego obrońcy za Bradem Bealem.




Kopiuj link do schowka