Blowout w Teksasie. Clippers 116, Spurs 92.

06/11/2016

And we back, and we back, and we… chciałoby się zanucić.

Wracamy, po długiej, zdecydowanie zbyt długiej przerwie. Rozpoczynamy ten miejmy nadzieję pełen radości sezon z pięciomeczowym opóźnieniem.

„Alternatywne opowieści z Miasta Aniołów”, bo tak brzmi pełna nazwa tego bloga, są kontynuacją strony pod adresem „clippers.com.pl”. Jest ona obecnie nieaktywna, tak, więc jeżeli ktoś miałby zamiar powrotu do tekstów z poprzedniego sezonu, to niestety nie będzie mógł tego uczynić.

Blog będzie prowadzony w taki sam sposób jak w poprzednim sezonie. Główną jego częścią będą relacje ze spotkań, nieograniczające się jedynie do kilku suchych linijek z box score’u. Oczywiście będą one występowały, są również częścią „procesu”, ale w ograniczonej ilości.

Ciężko wyobrazić sobie lepszy czas na powrót niż wysokie zwycięstwo Clippers na wyjeździe w San Antonio. W hali, w której w poprzednim sezonie regularnym gospodarze wygrali czterdzieści razy. I tak, podopieczni Gregga Popovicha niecałe 24 godziny przed pierwszym gwizdkiem toczyli ciężki bój z Jazz, byli również osłabieni brakiem Danny’ego Greena i Tony’ego Parkera. Mimo to zwycięstwo 116-92 robi wrażenie.

Nawet nie sam wynik, a fakt, że Clippers od połowy pierwszej kwarty, poza może dwoma przypadkami, utrzymywali kilkunastopunktowe prowadzenie jest najważniejszy.

Na początku, Spurs odskoczyli na 8 punktów, po m.in. trójkach Gasola i Aldridge’a. Nie trudno stwierdzić, że nie są to najlepsze rzuty, prawdopodobnie dlatego obaj wysocy otrzymali tyle miejsca. Następnie, do gry włączyli się Clippers i odskoczyli przed końcem pierwszej kwarty na 16 pkt. W pewnym momencie przeprowadzając run 18-2.

W tej części meczu kluczowa dla Clippers była bardzo dobra gra w obronie. Wymuszali straty na rywalach i skutecznie ich kontrowali. Koszykarze z San Antonio zupełnie nie radzili sobie w defensywie w transition. Raz za razem pozwalali na podanie do Blake’a Griffina wbiegającego pod kosz.

Początek drugiej kwarty to świetna gra Spurs. Kawhi Leonard wykorzystywał błędy w obronie, kryjącego go Wesa Johnsona i dostawał się na linię rzutów wolnych. Przewaga drużyny z Los Angeles zmniejszyła się do jedynie sześciu oczek. Wtedy na parkiet powrócili podstawowi zawodnicy. Wszystko wróciło do normy.

Blake Griffin, Chris Paul i JJ Redick punktowali swoich rywali niemiłosiernie. Warto dodać, że w ataku kilka razy bez piłki dobrze zachował się Luc Mbah a Moute. Ogólnie w tym sezonie, można zauważyć, że Doc chcę go bardziej wykorzystać w ataku, głównie właśnie jego ruch bez piłki.

Na przerwę Clips schodzili z osiemnastopunktowym prowadzeniem. Aby wygrać musieli zagrać jedynie dobrze w trzeciej kwarcie.

A zaczęła się ona niestety tak jak druga. Ofensywa Doca Riversa prezentowała się słabo. Na szczęści w tym okresie, Spurs byli bardzo nieskuteczni. W drugiej połowie tej części meczu szesnastopunktowym prowadzeniu, do gry weszli rezerwowi.

Felton, Rivers, Crawford, Johnson i Speights zdołali nawet zwiększyć przewagę i w nagrodę rozegrali całą ostatnią ćwiartkę. Ćwiartkę, którą można by określić po prostu jako „garbage time”. Nie działo się tam nic ciekawego. No może, poza kilkoma odważnymi akcjami Nicolása Laprovittoli. Prawdopodobnie mało, kto z was zna to nazwisko, gdyż ten zawodnik spędził ostatnie lata poza NBA. Warto jednak zwrócić na niego uwagę. Posiada naprawdę bardzo dobry rzut. Nie zmienił on jednak losów spotkania.

Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 116 do 92.

Zwycięstwo z takim rywalem na wyjeździe jest naprawdę cenne. Najbardziej cieszy jednak postawa ofensywy Clippers. W pierwszych spotkaniach, Clips wygrywali głównie dzięki świetnej obronie. Tutaj po raz kolejny przekonaliśmy jak wiele znaczy skuteczny występ JJ’a Redicka, dla ataku drużyny z Los Angeles.

Kopiuj link do schowka