6 przegranych tegorocznych finałów

20/06/2016
Stephen Curry

Druga część naszego rankingu to tym razem 6 największych przegranych finałów. Nie zabrakło tu niespodzianek.

6. Piotr Zarychta i inni piszący o tej serii

Jestem tego typu człowiekiem, że jeśli widzę, że się mylę, to przyznam się do tego błędu. I to jest pora, żeby to zrobić. W końcu na pewnym etapie tej serii wręcz śmiałem się z Cleveland Cavaliers i LeBrona Jamesa. Podobnie jak większość ludzi piszących o NBA, w tym zdecydowanie lepsi znawcy tematu niż ja. James i Cavs sprowadzili nas do parteru, wytarli nami podłogę, a teraz mogą wytykać palcami nasze teksty, nasze przewidywania i pytać czy znamy się na tej robocie. Na tym polega piękno sportu i jeśli ma się to kończyć takimi świetnymi powrotami z zaświatów i takimi historiami, to ja mogę się mylić bardzo często.

5. NBA

Dlaczego ja narzekam? Przecież mieliśmy 7 spotkań, czyli maksymalną liczbę. Mieliśmy fantastycznego LeBrona Jamesa, dramaty w postaci zawieszonego Greena, zejście do parteru Warriors i ich gwiazdy, historie w sam raz na nagłówki gazet. Otóż są ku temu trzy przyczyny. Pierwsza, z którą liga ma najmniej wspólnego, to brak wielkich emocji w końcówkach meczów 1-6. Tutaj zdecydowanie był zawód, każdy mecz kończył się na długo przed końcem czasu podstawowego. Dość powiedzieć, że zdarzyły się spotkania, w których w czwartej kwarcie w ogóle nie widzieliśmy LeBrona Jamesa czy Stephena Curry’ego.

Drugi powód to brak odpowiedniej atmosfery, odpowiedniego napięcia. A tutaj już powodem zdecydowanie był rozkład meczów i długie przerwy między nimi. Rok temu Adam Silver obiecał Jamesowi większe przerwy i słowa dotrzymał. Niestety przez to z finałów zeszło ciśnienie, bo przerwy były zbyt długie i nigdy w historii pierwszy mecz od ostatniego nie dzieliło tak wiele dni. Trzeci, ostatni element to sędziowanie. Co prawda tym razem nie mieliśmy aż takich wpadek jak w poprzednich rundach, ale po całych play-off niesmak pozostał i obawy kiedy w końcu sędziowie coś zepsują. Są tacy, którzy winią ich za zawieszenie Greena, że nie wkroczyli wcześniej między Draymonda i LeBrona. Tak daleko nie szedłbym z obwinianiem panów z gwizdkiem, ale na pewno Adam Silver musi zastanowić się co z tym problemem zrobić w kolejnych latach.

4. Harrison Barnes

Nie można inaczej nazwać postawy Harrisona Barnesa w ostatnich trzech meczach niż kompromitacja. W spotkaniach 3 i 4 grał bardzo solidnie, rzucając 18 i 14 punktów. Ostatnie 3 mecze to jednak katastrofa: 5,0 punktu, 15,6% z gry, 20,0% za trzy i 50,0% z wolnych. Jeszcze w trakcie finałów pojawiały się doniesienia, że znajdą się zespoły skłonne zapłacić mu nawet 20 milionów dolarów rocznie. Po tych trzech meczach, szczególnie piątym spotkaniu, gdy jego rola wzrosła w związku z zawieszeniem Greena, zweryfikowana została bardzo boleśnie jego wartość. Skoro nie mógł sobie poradzić w finale NBA jako trzecia opcja w ataku, to jak miałby być gdziekolwiek graczem numer 1? Oczywiście ma dopiero 24 lata i może się nauczyć bycia liderem, ale nie wierzę w niego, bo do tego potrzeba trochę więcej pewności siebie i nawet bezczelności, a ja mam przed sobą obrazek Barnesa z konkursu wsadów, w którym nawet porządnie nie potrafił się cieszyć ze swoich akcji. Pomyłką zatem dla mnie będzie obsadzenie go w roli opcji numer 1. Chyba, że tej drużynie nie zależy na walce o play-offy.

3. Kevin Love

Tak, Kevin Love miał najlepszy +/- w ostatnim mecz finałów. Tak, Kevin Love wybronił najważniejszą akcję w swoim życiu. Tak, Kevin Love jest wreszcie mistrzem NBA. Ale Kevin Love jest jednocześnie tym, który w pewnym momencie był zbędny Cavs. Bez niego, albo z jego bardzo ograniczoną rolą grali lepiej. Został odsunięty do roli gracza zadaniowego, od którego bardzo niewiele zależy. Oczywiście Love teraz się tym nie przejmuje, ale Cavs mogą myśleć co z nim zrobić w perspektywie przyszłego sezonu. W całych finałach notował średnio 8,5 punktu i 6,8 zbiórki na mecz, trafiając zaledwie 36% z gry. Tylko dwa razy zdobył ponad 10 punktów, oba razy w przegranych spotkaniach.

2. Klay Thompson

To Thompson wykonał największą pracę przywracając Warriors do gry w finale konferencji z Thunder. To on w meczu numer 6 trafił 11 trójek. W finałach nie zdominował żadnego spotkania. Miał taki moment w spotkaniu numer 5, w którym rzucił 37 punktów, ale w drugiej kwarcie przestało mu wpadać. W całych finałach notował średnio 19,6 punktu, 42,7% z gry i 35,0% za trzy punkty. To mało jak na gracza, którego w trakcie serii z Thunder sam nazywałem najlepszym rzucającym obrońcą ligi. To już drugi rok z rzędu, gdy w finałach Thompson nie gra tak jak mógłby. A to już duży problem. Rok temu to gdzieś umknęło, bo Warriors ostatecznie wygrali. Tym razem zdecydowanie jest jednym z największych przegranych.

1. Stephen Curry

Werdykt nie mógł być inny. Sprowadzenie najlepszego gracza sezonu NBA, jednomyślnego MVP do roli drugiego najlepszego gracza drużyny i dopiero czwartego najlepszego w całych finałach to duży sukces Cavs i wielka porażka Curry’ego. Rok temu nie dostał MVP, bo nie był równy. Tym razem wyszedł mu w pełni jeden mecz, w którym i tak nie przekonał mnie do końca, bo co prawda rzucił 38 punktów, ale to nie było takie 38 punktów jak chociażby ten jego powrót w serii z Blazers. Swoje żniwo oczywiście zebrały kontuzje, ale za kilka, czy kilkanaście lat nikt o tym nie będzie pamiętał. Będzie tylko pamiętane, że Warriors po rekordowym 73-9 przegrali finały, a Curry po pierwszym jednomyślnym MVP został w nich zjedzony.




Kopiuj link do schowka