1v1 Tony Smith: Dunleavy wiedział, że posiada zespół o mistrzowskim kalibrze

02/06/2018
Tony Smith Lakers

Magic Johnson i jego Los Angeles Lakers większości kibiców kojarzą się z ich tytułami mistrzowskimi z lat 80. i niezwykłymi pojedynkami z Detroit Pistons oraz Boston Celtics. Od ostatniego awansu „Showtime” Lakers do finałów NBA mija właśnie 27 lat.

Earvin Johnson, Lew Alcindor a.k.a Kareem Abdul-Jabbar, James Worthy, Byron Scott, Michael Cooper. Mógłbym wymienić tutaj wszystkich zawodników Lakers z lat największych sukcesów klubu, mimo wszystko pozostanę przy tych najważniejszych. Większość z nas z pewnością zadała sobie kiedyś pytanie: jak gra się w takim zespole jak „Showtime”? Właśnie to było głównym punktem mojej rozmowy z Tony’m Smithem – byłym zawodnikiem Los Angeles Lakers.

Zacznijmy w roku 1990, gdy dołączyłeś do Lakers. Co czułeś kiedy zostałeś wybrany przez nich w drafcie?

Kiedy byłem mały nie byłem fanem Lakers. Zdecydowanie bardziej lubiłem 76ers, głównie z powodu Dr. J’a. Oczywiście wiedziałem kim był Magic Johnson czy James Worthy i byłem podekscytowany możliwością grania z nimi.

Czy czułeś presję związaną z grą dla tak znanego i utytułowanego klubu?

Nie odczuwałem jej. Nie spędzałem zbyt wielu minut na parkiecie. Po prostu chciałem robić swoje i stopniowo zyskiwać więcej czasu na grę. Jako wybór drugiej rundy draftu nie odczuwałem presji.

Jak czułeś się w systemie gry Mike’a Dunleavy’ego?

Znałem Dunleavy’ego z jego lat spędzonych z Milwaukee Bucks. Kiedy byłem na uczelni Marquette rozegraliśmy razem kilka meczów (tzw. Pickup games). Podoba mi się to, czego udało mu się dokonać z Lakers. Wiedział, że posiada zespół o mistrzowskim kalibrze.

Co według ciebie było kluczem do sukcesu tej drużyny?

Naszą główną siłą był nasz lider, Magic Johnson. Mieliśmy również wielu świetnych zawodników wokół niego. James Worthy był świetny w zdobywaniu najważniejszych punktów, Byron Scott był genialnym strzelcem. Sam Perkins i AC Green również byli bardzo dobrymi graczami. Mieliśmy bardzo silny zespół.

W 1991 roku zagrałeś w finałach NBA. Co pamiętasz z tych rozgrywek?

Pamiętam nasze zwycięstwo w meczu numer jeden w Chicago. Uważaliśmy, że mamy realną szansę na zdobycie tytułu mistrzowskiego. Byliśmy pewni siebie na przestrzeni całego sezonu, a także po tym meczu. Potem poważnych kontuzji doznali James Worthy i Byron Scott, co definitywnie przekreśliło nasze szanse. Dostanie się do finałów NBA i granie w nich to z pewnością jeden z najważniejszych momentów mojej kariery.

Miałeś okazję grać z Magiciem, Scottem, Worthy’m, Van Exelem, Divaciem. Czy uczyłeś się czegoś od nich?

Kiedy grasz z takimi zawodnikami i rywalizujesz z nimi każdego dnia na treningu, z czasem przestajesz się im przyglądać – to staje się rutyną. Granie z nimi było niesamowitym doświadczeniem. Z pewnością nauczyłem się od nich jakichś szczegółów, z wyjątkiem Van Exela, który był młodszy i to on uczył się ode mnie nie tyle grania, co samego bycia profesjonalnym koszykarzem NBA.

Co jest najlepszym momentem z twoich lat w Los Angeles? Czy pozostał ci w pamięci jakiś mecz?

Tak jak wspomniałem, są to finały NBA w moim debiutanckim sezonie. W jednym ze spotkań zdobyłem więcej punktów w czwartej kwarcie od Michaela Jordana. Przez uraz Magica dostałem wtedy więcej minut gry w końcówce spotkania.

Kto był twoim najlepszym przyjacielem w Lakers?

Było ich dwóch – tym, z którym miałem najlepsze relacje był Elden Campbell. Był debiutantem w NBA, tak samo jak ja. Dobre kontakty utrzymywałem również z Sedale Threattem, którzy dołączył do nas trochę później.

Kopiuj link do schowka